Czy warto szukać nowych Radwańskich i Lewandowskich?

  • Redakcja

Nowy Lewandowski, nowy Gołota, nowa Radwańska – ile już słyszeliśmy takich porównań, kiedy jakiś nastolatek/nastolatka wyróżniał/a się ze swojej grupy wiekowej w danym sporcie? Dziennikarze i opinia publiczna świadomie lub podświadomie podpierają się znanymi nazwiskami, gdyż są one nośne, ale czy poza kliknięciem w treść artykułu takie określenia mogą przynieść oczekiwany skutek?

Ostatnio miałem przyjemność przeprowadzić wywiad z Igą Świątek – niespełna 17-letnią tenisistką. Przygotowując się do wywiadu, sprawdzałem jej rozmowy z dziennikarzami sprzed roku lub dwóch lat. W 80% z nich padało nazwisko Radwańska. Nie dlatego, że to idolka Igi. Nie dlatego, że stylem gry przypomina tenisistkę z Krakowa. Tylko i wyłącznie dlatego, że Świątek ma tę samą płeć i uprawia tę samą dyscyplinę sportu. Młoda tenisistka jest dobrze wychowana i nie widać po niej zdenerwowania takimi porównaniami, ale możemy się tylko domyślać, jaki poziom irytacji mogła mieć przy kolejnym porównaniu do Isi.

Szanuję i lubię Andrzeja Kostyrę – znanego komentatora i dziennikarza bokserskiego. Po jego aktywności zawodowej i nie tylko widać, że ma słabość do Andrzeja Gołoty, co akurat nie dziwne. Cała Polska wstawała na walki, które on miał na wyciągnięcie ręki. Nasz Endrju obrósł legendą, która w tym momencie żyje własnym życiem. Pan Kostyra zdaje sobie zapewne sprawę, że nie będzie już świadkiem takiej walki, jak ta z Ridickiem Bowe, podczas której jego notatki były poplamione krwią. Podświadomie zaczyna szukać następców Gołoty.Ostatnio padło na Kamila Mroczkowkiego. Trudno mi było powstrzymać uśmiech, kiedy Pan Kostyra przeprowadzał wywiad z 22-latkiem, gdzie w tytule mogliśmy zobaczyć pytanie: „Następca Andrzeja Gołoty?”. W tej krótkiej rozmówce Mroczkowski mówi o własnym biznesie, o tym, że rozwoził pizzę i o tym, że przy niespełna dwóch metrach wzrostu, waży 120 kg. (!). Puenta rozmowy jest taka, że młody pięściarz czuje się na siłach, żeby być mistrzem Świata (w końcu na amotorskich ringach posłał na deski samego Anthonego Joshue), ale ktoś musi mu pomóc, bo sam nie da rady (patrząc po jego mowie ciała, bardziej by pasowało: bo mu się nie chce). Trenuje, ale dla siebie. Fajny ten boks, ale nie za takie pieniądze. W pewnej skali trochę mi to przypomina postawę człowieka, który skończył gimnazjum, nie ma fachu w ręku i brzydzi się pracą za 10 zł./h, bo szkoda mu czasu.

Dawid Kownacki jest „wyrobem” piłkarskiej akademii Lecha Poznań. Ta szkółka może pochwalić się naprawdę sporymi osiągnięciami. Za niemałe pieniądze wypchnęli w świat takich piłkarzy, jak: Bednarek, Linetty, Bielik (z krótkim przystankiem w Warszawie), czy właśnie Kownacki. W Lechu Poznań od czasu wyjazdu Roberta Lewandowskiego szukano jego następcy. Najlepiej z akademii. Te nadzieje wiązali z obecnym piłkarzem Sampdorii Genua. Kownacki przypominał Lewandowskiego właściwe tylko z pozycji na boisku, ale to nie przeszkodziło lokalnym dziennikarzom nazwać go: „nowym Lewandowskim”. Obecnie takie porównanie denerwuje kapitana naszej młodzieżowej reprezentacji, ale wtedy tak być nie musiało. Kownacki nie dorobił się znaczącej ilości goli. Dorobił się za to paru tatuażów i paru leveli w FIFIE. Nie mam nic przeciwko wlewaniu sobie tuszu pod skórę i graniu na konsoli, ale chłopak w tym wieku i z takim potencjałem powinien skupiać się na czymś innym. Pod koniec swojego pobytu na ulicy Bułgarskiej przyznał, że nie do końca prowadził się tak jak powinien. Cała Polska śmiała się z jego zdjęcia z badań lekarskich w nowym klubie, kiedy jego sylwetka była daleka od optymalnej. W Sampdorii zobaczył inny, bardziej profesjonalny Świat, gdzie nie ma nic za darmo. Albo pływasz, albo się topisz – nie licz na specjalną troskę. Na szczęście Kownacki szybko wyciągnął wnioski i wziął się za siebie. Dobrze, że zdecydował się na wyjazd, bo kolejny sezon w Ekstraklasie mógłby rozleniwić go na tyle, że mało kto patrzyłby na niego z nadzieją.

Wymieniłem trzy osoby z różnych dyscyplin sportu. Każda z nich ma inne podejście i inny etap w karierze. Łączy ich młody wiek i czas, w którym mogą dużo zdziałać. Mogą zrobić podobną karierę do Kamila Stocha, który też początkowo był porównany do Adama Małysza, a już przebił jego dokonania. Każda z tych osób inaczej może zareagować na porównanie do innych sportowców. Jednego to zmobilizuje, drugiego rozleniwi, a inny puści to mimo uszu. My kibice czujemy potrzebę uproszczania sobie rzeczywistości takim nazewnictwem. Odwołujemy się wtedy do czasów, które wspominamy z sentymentem. Znów chcemy zobaczyć gole Lewandowskiego przy Bułgarskiej, chcemy wstawać na walki Gołoty o pas mistrza Świata i chcemy się zachwycać kolejnym doskonałym drop shotem Agnieszki Radwańskiej. Ale nie oczekujmy tego od tych młodych ludzi. Może oni wybiorą inną, lepszą drogę? Nie wpychajmy ich na siłę w buty starszych kolegów po fachu. Kiedy grają dobrze, to piszmy, że grają dobrze. Kiedy im nie wyjdzie, to piszmy, że im nie wyszło. Nie patrzmy na nich przez pryzmat nowego/nowej (tu wpisz nazwisko pierwowzoru). Przypomnijmy sobie, czym zajmowaliśmy głowy w ich wieku i jak na nas działała opinia otoczenia. Każdy przyzna rację, że w tamtym momencie życia był głupszy niż obecnie. Teraz zastanówmy się jak zareagowalibyśmy na takie porównanie po jakimkolwiek sukcesie? Czy naprawdę warto porównywać ich na tym etapie kariery do tak wybitnych jednostek? I najważniejsze pytanie: ilu sportowcom zaszumiało w młodych głowach po takich porównaniach i między innymi przez to nie odnieśli oczekiwanego sukcesu?

 

 

Dominik Bożek