Karol Kłos: „Ja im jeszcze pokażę!”

  • Redakcja

Zapraszamy do lektury wywiadu z Karolem Kłosem, zawodnikiem PGE Skry Bełchatów, aktualnym mistrzem świata w siatkówce. O czym rozmawialiśmy? M.in. o PGE Skrze Bełchatów, o reprezentacji, o Justynie Kowalczyk, o hejterach, o Wilfredo Leonie i o siatkówce w Warszawie.

Wasz ostatni rywal, Onico Warszawa, jest rewelacją tego sezonu PlusLigi. To dla Ciebie zaskoczenie?

Pierwszą rundę mieli troszkę słabszą. Wydawało mi się, że będą wyżej na początku. Ale potem jak już odpalili, to nie chcieli się zatrzymać. I dalej nie chcą (śmiech). Grają faktycznie bardzo dobrze. Dla mnie to nie jest zaskoczenie. Spodziewałem, że Onico będzie wysoko. Myślałem tylko, że szybciej będą gromadzić punkty. Ale w końcu zaczęli i wciąż liczą się w walce o najwyższe pozycje w lidze.

Sam grałeś w Politechnice Warszawskiej w latach 2008-2010. Jakie masz wspomnienia z tego okresu?

Stare dzieje (śmiech). Początek w Politechnice był dla mnie bardzo dobry, bo to pierwszy sezon w PlusLidze. Mój debiut, pół sezonu z śp. trenerem Krzysztofem Kowalczykiem, później ze szkoleniowcem Ireneuszem Mazurem. Tamten sezon mogę uznać za udany, dostałem po nim pierwsze powołanie do seniorskiej reprezentacji. To był naprawdę bardzo fajny czas.  Grałem wtedy m.in. z Robertem Milczarkiem, który obecnie jest ze mną w PGE Skrze Bełchatów. Drugi sezon był już gorszy, ale każdy musi tego spróbować. Spadliśmy z ligi, jako Politechnika.

Ten spadek z ligi „dał” Ci coś, jako siatkarzowi?

Myślę, że tak. Niezła szkoła życia. To nie jest dobre uczucie, jak wychodzi się na mecz z nastawieniem, że się w nim polegnie. Nasza pewność siebie spadła do zera. Przegrywaliśmy spotkanie za spotkaniem. Wtedy najważniejsze starcia toczono do czterech zwycięstw. W batalii o utrzymanie byliśmy ostatecznie gorsi, z tego co pamiętam, od Jadaru Radom, ulegając 2:4. Nie mam dobrych wspomnień z Radomia (śmiech).

Obecnie Onico nie dość, że gra w Pluslidze, to jeszcze jest wysoko w tabeli. Stolica Polski przez wiele lat nie miała siatkarskiej drużyny gotowej do walki o najwyższe cele.

Pojawiały się wcześniej jakieś przebłyski, gdy występowali tam Zbigniew Bartman i Michał Kubiak. Z tego co kojarzę, to zajęli wtedy piąte miejsce. To był okres, w którym grali bardzo dobrze. Ale faktem jest, że Warszawa teraz prezentuje się dużo lepiej.

Z jednej strony może Cię to cieszyć, ponieważ jesteś z Warszawy. Ale z  drugiej – przybywa Wam, jako PGE Skrze Bełchatów, powoli kolejny poważny rywal w lidze.

Myślę, że to może wszystkich cieszyć. To ważne dla całych rozgrywek, także dla samych zawodników. Kolejne miejsce na mapie Polski, w którym mogą występować dobrzy siatkarze. Mogą zarabiać pieniądze i nie martwić się o to, czy za miesiąc będzie wypłata. To jest naprawdę porządny klub. Paweł Zagumny wykonuje tam świetną robotę. Ściągnęli znanego i kochanego Stephane’a Antigę, który na pewno przyciąga sponsorów i publiczność. Z nami czy ostatnio z Rzeszowem była pełna hala, fantastyczny doping. Myślę, że Warszawa potrzebowała tego. Tylko brakowało wciąż dobrego zespołu, na który ludzie będą chcieli przychodzić.

W tabeli Twoja PGE Skra Bełchatów jest druga, ale ZAKSA odskoczyła Wam na spory dystans.

Teraz już nikt się nie łudzi, że ich dogonimy. Ale w fazie play-off będziemy na pewno rączki na nich zacierać. Głęboko w to wierzę, że zajmiemy drugie miejsce po fazie zasadniczej. I wówczas na drużynę z Kędzierzyna-Koźla będziemy mogli trafić dopiero w finale. Choć z pewnością ktoś wcześniej będzie chciał nam pokrzyżować plany.

Dlaczego aż tak bardzo kędzierzynianie odjechali w tym sezonie Wam i całej lidze?

Zachowali trzon ekipy z poprzedniego sezonu. Na nim dalej bazują. Grają też bardzo równo, nie przydarzają im się wpadki, w których traciliby jakoś głupio punkty. Myślę, że to jest główna przyczyna. Potem zaś mają komfort i z tymi mocniejszymi drużynami mogą rywalizować na spokojnie. Teraz już posiadają taki zapas punktowy, że raczej nic im się nie powinno przydarzyć. Ich przewaga w tabeli wynika z równej dyspozycji w każdym pojedynku, a przede wszystkim w starciach z tymi słabszymi zespołami. Z nimi nie tracili punktów i myślę, że to ich wywindowało na pierwsze miejsce.

Przy okazji meczu z Onico spotkałeś teraz w Warszawie trenera Antigę. Wracają czasem jeszcze jakieś wspomnienia wspólne z mistrzostw świata?

Pewnie, że tak. Z kadry, z klubu. Pamiętam, jak zdobywaliśmy mistrzostwo Polski, grając razem na boisku. Cały czas mamy dobry kontakt. On jest ogromnym fanem longboardów (śmiech).  Ja też trochę jeżdżę na longboardzie. Czasem to ja do niego napiszę, czasem on do mnie też albo zadzwoni. A jak się spotykamy, jak ostatnio w środę na Torwarze, to też zamienimy zawsze kilka słów.

Przechodząc od Antigi do tematu reprezentacji Polski – poinformowałeś nowego selekcjonera kadry Vitala Heynena, że chcesz w tym roku odpocząć od drużyny narodowej. To był Twój pierwszy kontakt z Heynenem, jako naszym szkoleniowcem? Jakie zrobił na Tobie wrażenie?

Tak, to pierwszy kontakt. Wcześniej tylko taki po dwóch stronach siatki. On był trenerem reprezentacji Niemiec i mieliśmy okazję grać przeciwko sobie, nawet w półfinale mistrzostw świata. Jakie zrobił na mnie wrażenie? Bardzo dobre. To pozytywna, barwna postać.

A w następnym sezonie jest szansa, że wrócisz do reprezentacji?

Tak, nie odstawiłem jej definitywnie. Jeżeli zdrowie pozwoli, zachowam dobrą formą i aktualny wtedy selekcjoner będzie mnie widział w swoim składzie – to myślę, że jak najbardziej. Chciałbym. Tego co w reprezentacji, nie przeżyje się na pewno w klubie. Na żadnym poziomie, czy to Ligi Mistrzów czy Klubowych Mistrzostw Świata. Kadra to zawsze będzie kadra. Mecze w niej są czymś fantastycznym. Jak teraz wspominam, to reprezentacja dała mi bardzo dużo. Oczywiście my też, jako zawodnicy, ofiarujemy jej sporo od siebie zdrowia, sił itd. Ale to drużyna narodowa ukształtowała mnie. Dzięki niej jestem w tym miejscu, w którym teraz się znajduję. I takim sportowcem, jakim jestem.

Trzeba też przyznać, że w siatkówce reprezentacja narodowa bardzo dużo znaczy. Nie tylko dla kraju, ale i dla samych siatkarzy. Można się wybić dzięki niej.

Tak, to prawda. Dla młodych graczy to winda do wyższego poziomu. Sportowo kadra nam zawodnikom daje bardzo dużo. Teraz jest też ten nowy twór – Liga Narodów – dzięki któremu można się będzie zmierzyć z najmocniejszymi.

A co sądzisz o tej formule?

Szczerze? Z racji tego, że nie będę w tym roku brał w tym udział, to za bardzo się nie zgłębiałem. Ale wiem, że Polaków czekają fajne wyjazdy w tej edycji. Np. Australia, której nigdy nie było mi dane odwiedzić. Trochę tego chłopakom na pewno zazdroszczę (śmiech).

Czytałem z Tobą wywiad dla „Przeglądu Sportowego” z października zeszłego roku. Pytany wtedy o występy w kadrze w 2018 roku odpowiedziałeś, że „gra w reprezentacji to zawsze jest honor, zaszczyt i sama przyjemność. Ale powtórzę jeszcze raz – poczekajmy”. Już w tamtym czasie pojawił się w głowie pomysł, by odpuścić sobie ten sezon reprezentacyjny?

To nie zależało od trenera, który miał zostać wybrany. Ale racja, to już wtedy we mnie kiełkowało. Wiedziałem, że będę chciał odpocząć. Zrobić te przysłowiowe „dwa kroczki” w tył. Żeby za kilka miesięcy czuć się dobrze i być w pełni przygotowanym do następnego sezonu w Bełchatowie. Z pewnością trudnego.

Stracisz w tym roku mistrzostwa świata.

Stracę, stracę. Nie będę mógł obronić tytułu, a w tym momencie przydałoby się to polskiej siatkówce.

Na tegorocznym mundialu we Włoszech zagramy w grupie z Bułgarią, Iranem, Kubą, Finlandią i Portoryko. Jak oceniasz rywali?

Bułgaria i Iran na pewno będą groźni. Niewiadomo, co z Kubą. Tam nigdy nie ma pewności, kto może wystąpić. Ci młodzi Kubańczycy, dysponujący ogromnym potencjałem, wypadają jednak chyba dosyć słabo na tle mocarzy. To młoda ekipa. Ale też trochę minęło, bo ostatni raz mierzyliśmy się z nimi na igrzyskach olimpijskich. Zobaczymy, jak podrośli (śmiech).

Obronić mistrzostwo będzie Polakom niezwykle ciężko, ale już sam medal byłby dziś wielkim sukcesem.

To też widać, jak te sukcesy reprezentacji napędzają PlusLigę. Całą siatkówkę w Polsce. Wpływają na to, jaka jest frekwencja na starciach ligowych. Pamiętam, jakie tłumy pojawiały się na trybunach po mistrzostwach świata, gdy jeździliśmy na mecze z Bełchatowem. A teraz już trochę czasu minęło i tych ludzi jest mniej. To smutne. Przydałby się taki bodziec, który by przypomniał kibicom polską siatkówkę.

Czytasz komentarze w internecie na swój temat? Pytam, bo po tym, jak poszła wiadomość, że nie będziesz występował w tym roku w reprezentacji, pojawiło się sporo opinii typu: „gra w kadrze powinna być zaszczytem”, „jak można odpoczywać od reprezentacji”, „to nie siatkarz powinien decydować, o tym kiedy mu będzie z reprezentacją po drodze, a kiedy nie” itp. Co sobie myślisz, jak widzisz takie komentarze?

Tych akurat nie czytałem (śmiech).

Było ich parę.

Liczę się z tym. Trochę przykro robi się człowiekowi. Jak to Stephane Antiga kiedyś powiedział, gdy go pytali o ostatni jego sezon klubowy i o to, że kończy karierę, jako zawodnik: trochę smutno. No więc przykro i smutno. W Polsce jest tego dużo, takich złych emocji w internecie. Nie wiem, czy to jest frustracja czyjaś, czy ktoś ma zły dzień i nadarza się okazja, by to wylać na inną osobę. Kiedyś tego nie rozumiałem, dopóki tego nie doświadczyłem. Ludzie widzą tylko finalny efekt naszej pracy – pojedynki na boisku. A treningów czy poświęcenia już nie. Ani tego, że niektórzy mają żony, dzieci i nie spotykają się z nimi przez pół roku. Bo nie można ich zabrać ze sobą na zgrupowania, czy na drugi koniec świata.

Też tak kiedyś myślałem – jak można zrezygnować z reprezentacji? Przecież to ogromny honor, zaszczyt. Ale czasem trzeba pomyśleć trochę szerzej. Często zdarza się tak, że grasz sezon ligowy, następnie od razu reprezentacyjny, potem od razu ligowy znów, od razu reprezentacyjny. I to już trwa i trwa i się nawarstwia. Oczywiście – wybraliśmy sobie taki zawód. Wiemy z czym to się je. Ale nie ma nawet jednego miesiąca takiego, kiedy można by było coś sobie zaplanować. Nie ma tego. Bo nie wiadomo, kiedy reprezentacja zacznie, kiedy skończy sezon, jak długo będzie to trwało. Nie można powiedzieć żonie, dzieciom: kochanie, 25 maja jedziemy na pewno na dwa tygodnie, kupuj wycieczkę.

Zazwyczaj to się odbywa tak: teraz masz tydzień wolny – dobrze, jedziemy na tydzień. Ale jakby żona pracowała i mówiła: ale ja nie mogę (śmiech)? I zaczynają się problemy. Tego fani nie dostrzegają. Widzą tylko to, co dzieje się na boisku. Jak nam coś wychodzi albo nie wychodzi. Jak nam się udaje i wygrywamy, to nas kochają i wynoszą pod niebiosa.

Nazywają bohaterami.

Nazywają bohaterami.

Czytałem Twój i Andrzeja Wrony wywiad dla „Wprost”, w którym mówiliście, że bohaterem jest ten, kto gasi pożar i że takie określenia są przesadzone.

Pewnie, że tak. U nas w kraju wszystko jest czarne albo białe. Nie ma tak, że jest coś pomiędzy. Ostatnio widziałem, jak ktoś fajnie napisał na Twitterze o Justynie Kowalczyk. Ogłosiła, że skończyła karierę, a tak naprawdę nikt tego nie podłapał i nikt o tym nie pamięta.

Bo akurat tym czasie był mecz z Nigerią, a Kamil Stoch zdobywał Puchar Świata…

Tak. Tyle, ile ona zrobiła dla Polski… Oddała bardzo dużo dla naszego kraju. A nikt o tym nie pamięta. Nie wiem, czy to się dzieje tylko nad Wisłą, na pewno też na całym świecie. Ale ja akurat mam okazję to śledzić w Polsce. To są takie przykłady, jak z Justyną Kowalczyk, której chylę czoła. Ona zrobiła bardzo dużo. Myślę, że mało jest sportowców, którzy aż tyle osiągnęli. Komuś w jednym tweecie nie zmieściło się by wymienić wszystkie jej sukcesy i musiał później dopisywać (śmiech).

Tym bardziej, że ona praktycznie nie mogła liczyć na wsparcie koleżanek. 

Dokładnie. I trzeba powiedzieć, że jej konkurencja to ciężka harówa. Za przeproszeniem, „do porzygu” (śmiech). Bo na pewno i takie treningi przechodziła.

Sporty zimowe w Polsce generalnie są trochę zapomniane. Efekt tego widzieliśmy na ostatnich igrzyskach. Nasz alpejczyk sam przygotowywał sobie narty dzień przed zjazdem.  

A Zbigniew Bródka? Z jednej strony strażak, a z drugiej mistrz olimpijski. I wtedy ludzie kochają. Przez ten jeden, dwa dni jest się, jak mówisz, bohaterem. A później zapomina się o tym człowieku. I takich przykładów jest bardzo dużo. Tak się zdarzało 20 lat temu, 10, teraz też. Z nami było podobnie. Wygrywasz mistrzostwo świata i dwa dni jest szał. Ale to cichnie, a potem już nie pamiętają. Tak po prostu jest. A jak pytasz o komentarze – tak, czytam je. To też mnie bardzo mobilizuje. Tylko żeby teraz nie stało się tak, że po tym, co tu w wywiadzie powiem, pojawi się jeszcze więcej takich nieprzyjemnych opinii (śmiech).

Wiesz, to nie ma reguły. Nic nie powiesz – też będą krytykowali.

Pewnie, że tak. Kiedyś przejmowałem się tym. Ale teraz już zupełnie nie, bo ludzie są różni i nie trafi się do części z nich. Po prostu muszą coś takiego zrobić. A mnie to tylko nakręca, bo już kiedyś udało mi się zamknąć usta niektórym. Mam nadzieję, że będę miał zdrowie i siły by jeszcze kiedyś zrobić to ponownie. Ja im jeszcze pokażę! – tak to nazwijmy. A jeszcze pewnie pojawią się i takie komentarze, w stylu: co? on rezygnuje? A kim on w ogóle jest? Ten, tamten są lepsi i go wciągają nosem (śmiech).

Jak już jesteśmy przy słowie pisanym, czytałeś książkę Łukasza Kadziewicza? Jak Ci się podobała?

Przeczytałem. Mocna. Ale to też barwna postać. Mi się podobała. Słyszałem różne głosy od kolegów, nie wszystkim to przypadło do gustu. Ale dla mnie była ciekawa. Książka jest szczera i myślę, że ci, którzy nie są związani z siatkówką, mogli ją poznać od tej drugiej strony.

Po niedawnym odpadnięciu przez PGE Skrę Bełchatów z Ligi Mistrzów przeczytałem taką Twoją wypowiedź: „To dobry pstryczek w nos do jeszcze cięższej pracy, większego zaangażowania na treningach, bo tylko pracą i wzorowaniem się na takich przeciwnikach, możemy zrobić kroczek dalej”. Masz lub miałeś jakiegoś konkretnego gracza na świecie na swojej pozycji lub innej, na którym się wzorowałeś?

W przypadku mojej pozycji jest o to ciężko. Na świecie środkowi to zwykle goście, którzy są niesamowitymi końmi. Niezwykłe warunki fizyczne: albo są więksi ode mnie o głowę, albo skaczą jeszcze wyżej. I trzeba nadrabiać w jakiś innych elementach, by dojść do takiego poziomu.

Ok, ale nie wierzę, że nie było jakiegoś siatkarza, na którego patrzyłeś szczególnie z podziwem?

Sto lat temu był Daniel Pliński. Ciekawa postać, nadrabiał techniką. Jak trenowałem z nim w Bełchatowie, to widziałem, że wyróżniał się na tle innych. Mimo tego, że może nie dysponował jakimiś wybitnymi warunkami fizycznymi. Jednakże na pewno skakał swoje, jak każdy. Ale on przede wszystkim brylował w innych elementach. Zawsze do tego dążyłem, żeby nie specjalizować się np. tylko w ataku albo tylko w bloku, albo tylko na zagrywce. Chciałem być kompletny. Żeby coś w obronie pokazać, w jakimś innym elemencie gry. Mimo, że tego często nie widać na pierwszy rzut oka. Patrzy się później na statystyki: Kłos tylko 6 punktów, a przecież Lisinac aż 18. Akurat na tle Srećko u nas w drużynie, który zdobywa po 20 punktów, ciężko być widocznym.

Ale trzeba wykonać czarną robotę.

Z pewnością. Michał Winiarski kiedyś powiedział, że nazywano go takim człowiekiem od czarnej roboty. Tego nie wychwycisz, ale to też jest ważna część pracy do zrealizowania. Trzeba się w tym odnaleźć.

Mam taką autorską teorie, pół żartem pół serio oczywiście, że specjalnie chcesz wrócić do kadry dopiero w 2019 roku. Bo wtedy też w naszej reprezentacji będzie już mógł występować Wilfredo Leon, jeden z najlepszych siatkarzy świata. I wierzysz, że wokół niego zbudowany zespół będzie jeszcze mocniejszy.

(śmiech) Pytanie też, czy wtedy w ogóle będą mnie chcieli. Całe szczęście, że on nie jest na mojej pozycji (śmiech).

A tak na poważnie, grałeś przeciwko niemu w Klubowych Mistrzostwach Świata, gdy PGE Skra Bełchatów rywalizowała z Zenitem Kazań. Nie będę Cię pytałem, czy on się przyda kadrze, bo wiadomo, że tak, skoro gra w takim klubie. Ale zadam inne pytanie – jakie na Tobie Leon zrobił wtedy wrażenie, gdy go widziałeś po drugiej stronie siatki?

Szczerze mówiąc, kiedyś nie robił na mnie aż tak wielkiego wrażenia. Ale rzeczywiście teraz jest to gość, który sam może wygrywać mecze. Nie musi przyjmować sobie jakoś wybitnie dobrze. Potrzebuje mieć kogoś, kto po prostu wystawi mu wysoką piłkę. I czy to jest potrójny blok, podwójny – dla niego nie ma znaczenia. Pamiętam w Kazaniu, jak graliśmy chyba dwa sezony temu: robisz maksymalny nabieg do bloku, skaczesz ile Bozia dała, myślisz, że jest wysoko, a gościu atakuje nad blokiem, nie czujesz piłki, krzyczysz „aut”, a ona trafia w boisko i to aż metr przed linią końcową (śmiech). To jest tak wysoko postawiona poprzeczka, że naprawdę wiele rzeczy musi się złożyć, żeby pokonać takiego przeciwnika.

Tym lepiej, że od przyszłego roku będzie on po naszej stronie.  

Myślę, że tak. To ogromne wzmocnienie. Ma żonę Polkę, dziecko, mówi po polsku, były z nim wywiady. On też opowiada, że ma marzenia, żeby pojechać na igrzyska, coś wygrać. Dzięki rodzinie wiąże go z naszym krajem jeszcze więcej. Myślę, że tam Rosjanie bardzo mocno go kusili. Tym większa radość, że chciał wybrać Polskę.

W środę spotkałeś po drugiej stronie siatki na Torwarze w Warszawie swojego… przyjaciela, tak? Andrzeja Wronę.

On by powiedział, że znajomego z pracy (śmiech).

Występowaliście razem w klubie, w kadrze. Jak się gra przeciwko kumplowi – łatwiej czy trudniej?

Na pewno człowiek mobilizuje się jeszcze bardziej. Jeden drugiemu zawsze chce pokazać. Myślę, że on tak samo do tego podchodzi.

Jeszcze jeden cytat z wywiadu z Tobą w „Przeglądzie Sportowym”. Na pytanie dziennikarz, czy kupiłeś mieszkanie w Warszawie, przyznałeś, że tak i że „jestem ze stolicy, moja żona również, wiec prędzej czy później do niej wrócimy.” Może wrócisz jako czynny zawodnik? Np. do Onico, będącego kontynuacją Politechniki, w której już kiedyś grałeś?

Mam jeszcze rok kontraktu w Bełchatowie. Pomidor (śmiech). Ale myślę, że fajnie by było grać w domu.

Ale jest możliwe, byś zakończył karierę np. tutaj w Onico?

Jeżeli oni by mnie chcieli, czemu nie. Pewnie.

Poszedłbyś w ślady Pawła Zagumnego, który również w tym klubie zawiesił buty na kołku. A potem może na wiceprezesa kolejnego jak Zagumny…

(śmiech) Do tego to trzeba mieć predyspozycje.

No tak, ale sama gra w Warszawie w Twoim przypadku jeszcze chyba wchodzi w grę.

Bardzo bym chciał zakończyć karierę w domu, u siebie. Myślę, że to musi być wspaniałe uczucie. Mam teraz mieszkanie na Solcu. Blisko z niego na Towar (śmiech). To byłabyś świetna perspektywa dla mnie, ale także dla mojej żony. Dla rodziny, dla znajomych. Zaliczam w Bełchatowie już ósmy sezon, ale większość znajomych mam tutaj, w stolicy. To w Warszawie się urodziłem, chodziłem też do szkoły. Mieszkałem tam praktycznie całe życie, dopóki nie wyjechałem do Bełchatowa.

A nie myślałeś kiedyś o transferze zagranicznym? Bo nigdy nie wybyłeś poza Polskę.

Chłopaki też mnie o to pytali. Kiedyś zastanawiałem się nad tym. Ale też trzeba patrzeć na to przez perspektywę mojej pozycji. My polscy środkowi jesteśmy cenieni w Polsce. Zazwyczaj w naszej lidze zespół kompletuje się tak, żeby mieć polskich środkowych i załóżmy do nich dobiera się zagranicznych przyjmujących, rozgrywających, którzy robią ogromną różnicę. Nie potrzebowałem też nigdy szukać pracy za granicą. Może jakbym nie mógł w naszym kraju jej znaleźć, to wtedy bym zaczął rozglądać się dalej. Ale jeszcze wszystko przede mną, zobaczymy.

Mariusz Wlazły jest starszy od Ciebie, a też nigdy nie wyjechał z polskiej ligi. Oprócz tego epizodu w Katarze.

Zapytasz, czy chce go pobić (śmiech)? To będzie trudne.

Występowałeś też w siatkarskiej sekcji Legii Warszawa. Bywasz czasami na meczach piłkarskiej Legii? Kiedy ostatnio odwiedziłeś Łazienkowską?

Bywałem. Ostatnio mam trochę mniej czasu. Ponadto, jak żona mieszka ze mną w Bełchatowie, to rzadziej bywam w Warszawie. Przez to też nie mam za bardzo, jak zawitać na stadion „Wojskowych”.

Ale jakbyś wrócił do Warszawy…

Wtedy czemu nie. Bardzo chętnie. Stadion jest świetny, oprawy też. Jak na polskie warunki, Legia to bardzo mocny klub. I udowadniała to także w Europie. Na pewno dąży do tego, żeby być coraz lepsza. Od małego trzymam za nich mocno kciuki. Bliżej mi było do Legii niż na Polonię (śmiech).

Śledzisz wyniki legionistów na bieżąco?

Czasami coś zerknę. Ale tak, żeby wiedzieć kiedy grają, o której, to nie.

Teraz są na drugim miejscu w tabeli Ekstraklasy ze stratą trzy punktów do Jagiellonii Białystok.

To wiem. Słyszałem, że kibicom nie jest jakoś za bardzo po drodze z trenerem.

Piłkarzom czasem też. Ostatnio Michał Kucharczyk został przeniesiony do rezerw.

To akurat obiło mi się o uszy. O takich historiach zawsze jest głośno (śmiech).

Jeszcze jeden cytat, ale tym razem nie z wywiadu z Tobą, ale z rozmowy z Kamilem Stochem. Nasz mistrz skoków powiedział kiedyś w TVP: „Mam takie powiedzenie, że tam twój dom, gdzie twoja żona. Lepiej się czuję, gdy mam świadomość, że bliska osoba jest niedaleko mnie i mogę się z nią widzieć od czasu do czasu”. Podpisałbyś się pod jego słowami?

Jak najbardziej. Lewą i prawą ręką.

Jesteś już po ślubie – jakiś zagraniczny transfer trochę przestawiłby Wam życie.

Na pewno zabieram żonę ze sobą. Rozmawialiśmy o tym z Olą i mamy przegadane, że jak coś, to jedziemy razem. Bo nie wyobrażamy sobie innej opcji.

A żona zawsze interesowała się siatkówką, czy z czasem musiała polubić?

Śledziła. Mówiła, że jako nastolatka, była fanką. Potem z tego wyrosła i… poznała mnie w liceum (śmiech).

 

Rozmawiał: Dominik Senkowski