„Dzisiaj moje nazwisko czy nasza marka mówi trochę więcej ludziom z szeregu polskich zespołów” – wywiad z Marcinem Matuszewskim, najbardziej nietypowym z polskich agentów piłkarskich

  • Redakcja

Z Marcinem Matuszewskim spotkałem się na warszawskim Wyględowie w skromnej (acz znakomitej) kawiarni Czarna Fala. Znajduje się ona nieopodal klubów, w których parę lat temu – jako Duże Pe – organizował „podziemne” imprezy, promujące młode i nieznane muzyczne talenty – które wkrótce potem zawojowały polską hiphopową scenę. Dziś, już pod własnym nazwiskiem, zajmuje się promowaniem młodych, nieznanych piłkarzy. Choć zdarza mu się również „rodzynek „w postaci Igora Angulo. Zapraszam na wywiad, w którym dowiecie się w jaki sposób działa najbardziej nietypowy z polskich agentów piłkarskich – i jak życiowa filozofia wpływa na etykę jego pracy.

Widziałem, że na twitterze pochwaliłeś się zdjęciem Lewego podpisującego kontrakt z waszą agencją (I-N-I Music & Sport Agency).

(śmiech) Nawiązałem do słynnego żartu z Ronaldinho, kiedy wieki temu na Wikipedii dodano informację, że w trakcie rozdawania autografów Brazylijczyk nieopatrznie podpisał również podsunięty mu kontrakt z Odrą Wodzisław. To było silniejsze ode mnie. Freestylowiec zostaje w człowieku na zawsze, więc jeśli jest okazja do rzucenia żartu, zwykle nie mogę się powstrzymać.

Chyba nikt tego nie wziął na serio.

Mam nadzieję!

Podczas zmiany przez Lewego agenta można było usłyszeć takie nazwiska, jak Raiola, Mendes, czy Zahavi. Powiedz, do którego stylu prezentowanego przez nich jest Ci najbliżej?

Od samego początku i we wszystkim co robię staram się zachować swój własny, unikalny styl – więc oby do żadnego.

Jarosław Kołakowski powiedział, że Roberta Lewandowskiego teraz może wytransferować każdy. Zgadzasz się z nim?

To jest bardzo mądre stwierdzenie, bo taki zawodnik jest już „samograjem”. Nie musisz się wybitnie starać, żeby sprzedać taką gwiazdę. W tym momencie siedzisz, odbierasz telefony i wybierasz najlepszą ofertę. Świat stoi przed Tobą otworem. Nie musisz „wyczarować” tego ruchu, w przeciwieństwie do sytuacji, kiedy np. próbujesz wrzucić obiecującego chłopaka ze Sparty Kozia Wólka do Lecha Poznań. Paradoksalnie, transfer Roberta Lewandowskiego z Bayernu Monachium do Realu Madryt wymaga mniejszych umiejętności. Trzeba umieć się zachować, potrafić rozmawiać i nie być idiotą (chwila zastanowienia). No dobra, w sumie to całkiem sporo (śmiech). Ale wciąż – ilość osób, które byłyby zdolne przeprowadzić wcześniej wspomnianą transakcje, jest o wiele większa niż ilość tych jednostek, które są w stanie wysłać zawodnika „X” z Pcimia Dolnego do Górnika Zabrze.

Póki co jesteś skazany na tę drugą kategorię piłkarzy.

Cóż… Mój Tata nie był działaczem, piłkarzem, czy sędzią. Ja też nie. I nie mówię tego, żeby kogoś hejtować. Po prostu wiem w jakim jestem miejscu, a jest ono mocno warunkowane tym, od czego wyszedłem. Piętnaście lat pracowałem „gdzieś w tle”, będąc dla szeregu agentów „współpracownikiem piątej kategorii” i „kimś kto się zna, ale robi to hobbystycznie”. Mój wspólnik – Remek Lembowicz – wypracowywał w tym czasie w pocie wątroby „bazę kontaktów bezpośrednich” w polskim futbolu. Ja natomiast siedziałem po nocach w swojej „jaskini” z podpiętym internetem, zapewniając „twarde dane” i analityczną podstawę.  Słowem – to, że teraz całkiem sprawnie nam idzie,  nie wzięło się znikąd. Wynika to z wielu lat mrówczej pracy. Nie jestem jednak nadal w punkcie, w którym wyjmuję telefon i dzwonię do Grosickiego mówiąc: „słuchaj, Turbo: jestem super agentem. Podpisz ze mną papiery, ja wykonam trzy telefony i jesteś w Premier League”. Nawet, jeśli faktycznie byłbym w stanie to zrobić (śmiech). Wiadomo, że dopóki nie wypracujesz sobie solidnej podstawy, nikt Cię w takiej sytuacji poważnie nie potraktuje. No, chyba, że jesteś cwaniakiem, który akurat podawał kawę znanemu piłkarzowi i tak mu nawinął makaron na uszy, że tamten niemal z miejsca podpisał z Nim papiery. Ale to nie nasz styl.

Wspominałeś o swoim wspólniku. Wyczytałem, że poznaliście się przez internet.

W 2000 czy 2001 roku napisałem na kibicowskim forum luźne przemyślenie na temat tego jak upośledzony jest rynek transferowy w Polsce i co można zrobić, żeby uzyskać na nim przewagę bez angażowania wielkich środków finansowych. Remek mi odpowiedział w prywatnej wiadomości, że to co zaproponowałem brzmi całkiem niegłupio i może warto się spotkać. Spotkaliśmy się raz i drugi, pogadaliśmy. Od tamtej pory ze sobą współpracujemy i się przyjaźnimy. Po kilku latach naszej znajomości zostałem świadkiem na jego ślubie. Jesteśmy jak rodzina.

Z Twoich wcześniejszych wywiadów wywnioskowałem, że to on jest tym złym policjantem, a Ty tym dobrym.

Mamy różne cechy osobowości i różne umiejętności, więc znakomicie się uzupełniamy. Jesteśmy przy tym obaj obdarzeni dużą cierpliwością, co pomaga nam od tylu lat bezkonfliktowo współpracować. My się nigdy nie pokłóciliśmy!

Wow, to nieźle. Patrząc na Wasz skład osobowy w firmie zauważyłem m.in., że w roli skauta zatrudniony jest Twój Ojciec. Chciałbym się zapytać o resztę. Czy to jest swego rodzaj family business?

„Zatrudniony” to duże słowo, ale na pewno ma swój wkład w nasze działania, np. przeczesując niższe ligi w poszukiwaniu obiecującej młodzieży. W razie potrzeby porad prawnych udziela nam Rafał Kłoczko – powszechnie znany jako Diego Cichy Don – popularny dancehallowy wokalista, a zarazem wzięty prawnik, który prowadzi m. in. interesy CD Projekt, twórców gry Wiedźmin. Prywatnie, oczywiście, to grubszy miłośnik futbolu – ksywka nie wzięła się z powietrza (śmiech). Naszym aspirującym skautem jest  Jakub Sadowski – coraz bardziej znany groundhopper, który w muzycznym światku kojarzony jest pod pseudonimem Earl Jacob i stanowi m. in. część ekipy Pablopavo i Ludziki. To ludzie, z którymi znam się od dawna – wszystko zostaje „w rodzinie”. Dla mnie to jest bardziej zajawka i zabawa w fajnym gronie, niż próba zorganizowania jakiegoś „futbolowego imperium”. Choć oczywiście podchodzę do tej zabawy w pełni profesjonalnie. Jedno nie wyklucza drugiego.

To niesamowite, że przy takiej postawie, wystrzeliliście z takim ligowym kozakiem, jak Igor Angulo.

Co nie? (śmiech) a to nie jedyny strzał, przy którym kibice mogli powiedzieć: „Wow, skąd tak dobry zawodnik znalazł się w naszym klubie?” – albo „Wow, jak chłopak znikąd znalazł się w tak dobrym klubie jak nasz?” (śmiech).  Np. transfer Daniela Smugi z Sulejówka do Zabrza – do meczowej 18-ki Górnik trafia chłopak, który 9 miesięcy temu był w 4. Lidze. Albo Laurentiu Lorga trafiający do Wigier Suwałki. Ten zawodnik ma na koncie dwieście spotkań w ekstraklasie rumuńskiej i grał w fazie grupowej Ligi Mistrzów m. in. z Manchesterem United. Albo Dani Ramirez z Realem Madryt w CV przychodzący do Olsztyna. Albo Daniel Boateng, były kapitan rezerw Arsenal FC, lądujący w Częstochowie. Odpukać, póki co takich „ciekawych strzałów” jest znacznie więcej niż „totalnych pomyłek”. 

Athletic Bilbao jest znane z tego, że stawia na Basków. Kiedy pojawiły się głosy o ich zainteresowaniu napastnikiem Górnika Zabrze, mimo wszystko trudno było w to uwierzyć. Powiedz, jak w końcu było?

Wiem, że skauci przyjeżdżali co najmniej na dwa mecze Górnika, więc zainteresowanie było. Na rynku hiszpańskim Igor pracuje jednak z tamtejszym agentem, z którym łączy go wieloletnia relacja – takie mieliśmy ustalenie.

To byłby dobry strzał, ale chyba nic by Ci nie spłynęło na konto, jakby się udało, co?

W ogóle tak do tego nie podchodziłem. Zresztą my też prowadziliśmy w sprawie Igora jakieś wstępne rozmowy na rynku tureckim, japońskim czy chińskim. Ale sprzedać do takiej ligi 34-letniego zawodnika z Polski, który nie ma karty na ręku, jest naprawdę ciężko. Próbowałem też w angielskich klubach z Premier League i Championship, bo moim zdaniem  w paru zespołach przydałby się napastnik z takim profilem jak „Igor z grudnia”, a dla angielskich klubów wydanie pieniędzy koniecznych do pozyskania go w zimie byłoby jak zjedzenie cukierka…

Co najlepiej widać po transferach Kapustki, czy Bednarka.

…przy czym koszt pozyskania Igora byłby znacznie mniejszy. Ale jest jak jest, nie narzekamy. Fajnie, że udało nam się zrobić pierwszy taki ruch na krajowym rynku. Pokazaliśmy, że jesteśmy w stanie wyczarować coś z niczego, niczym magik wyciągający królika z kapelusza.

Szkoda dla Was, że teraz obniżył loty.

Całemu Górnikowi nie idzie. To jest równoległe z sytuacją z poprzedniego roku, gdzie po rozpoczęciu rundy wiosennej drużyna z Zabrza też dołowała przez kilka kolejek, a później jak wskoczyła na wysokie obroty, to zamiotła wszystkich.

Mimo tej obniżki formy, w Zabrzu dzieje się fajna historia.

Żałuję, że nie ma w tym roku podziału punktów. Byłem fanem tego rozwiązania, bo to dawało więcej emocji do samego końca rozgrywek. Chociaż oczywiście mogło to być nieuczciwe z punktu widzenia klubów, które przez całą rundę zasadniczą ciułają swoje „oczka”. W każdym razie śmiem twierdzić, że jeżeli byłby podział punktów i Górnik wskoczyłby w końcu na taki sam poziom, jak rok temu – pozamiatałby wszystkich również w Ekstraklasie.

Uważasz, że zdobyłby mistrzostwo?

Jeśli Komisja Ligi podejmie słuszną decyzję związaną z meczem z w Gliwicach, straty do liderów będą wciąż niewielkie.  Nie wiem, czy realne jest Mistrzostwo Polski, zwłaszcza przy braku podziału punktów – ale powalczyć można. Za to awans do Ligi Europy jest ciągle w zasięgu ręki. Prawda jest taka, że z tego co wiem w Zabrzu nie było ciśnienia na awans do Ekstraklasy w zeszłym roku. Było założenie wprowadzania młodych, polskich piłkarzy i budowy solidnej ekipy „na lata” w oparciu o nich. W sezonie 2016/17 miał się wykrystalizować ich kręgosłup i w kolejnym sezonie mieli dopiero bić się o awans. Okazuje się, że to wszystko stało się o wiele szybciej. Na szczęście mają w Zabrzu mądrego prezesa i nie ma tam raczej cienia szans, żeby zwolnili Marcina Brosza np. przy miejscu poza czołową czwórką w tym sezonie.

Myślisz, że sprzedałbyś teraz braci Paixao, gdyby byli w tym samym momencie kariery, kiedy proponowałeś ich klubom Ekstraklasy?

Dzisiaj moje nazwisko czy nasza marka mówi trochę więcej ludziom z szeregu polskich zespołów. Jestem przekonany, że teraz w 5-6 klubach wzięliby ode mnie niemal „w ciemno ” zawodnika na testy, gdybym bardzo się w tej sprawie uparł. Ludzie widzą, że wiem co robię, że nie chcę na siłę „przytulić trzech złotych na szrocie”. Jak kogoś proponuję, to widzę w nim jakość adekwatną do wymagań finansowych zawodnika – a często wyraźnie wyższą.

Zdradzisz jakie to kluby?

Nie (śmiech)

Z tego co można zaobserwować, nie jesteście taką agencją, która jest postrzegana przez prezesów, jako ta, która mami ich młodych zawodników, proponując im przysłowiowe „złote góry”.

Z ręką na sercu mogę powiedzieć, że nikomu nie obiecywałem Realu Madryt. Nie świeciłem po oczach drogim zegarkiem, bo go nie noszę. Nie robiłem wrażenia przyjeżdżając na spotkania Bentleyem, gdyż nie mam Bentleya (śmiech). Mam inne metody do namawiania piłkarzy do współpracy. Mam nadzieje, że w przeciągu 3-4 lat okaże się, że ta droga była słuszna, i również nią można osiągnąć ciekawe efekty.

Parę razy dostaliście przez to po dupie. Jak np. przy okazji transferu Teodorczyka do Polonii. Podobno Teo nie przyznaje się do tego, że to właśnie Ty, a w zasadzie Twój ojciec, odkrył go, kiedy nawet nie marzył o grze w Ekstraklasie.

Spokojnie. Wtedy nie byliśmy agentami, tylko „skautami-freelancerami” (śmiech). Zawodnik nie musi wiedzieć kto wykonał gros pracy w kwestii jego transferu, jeśli nie podpisywał z nikim umowy pośrednictwa i poznał tylko owoce przeprowadzonych działań. Nigdy nie ukrywałem, że nie byliśmy jedynymi osobami, które pracowały przy tym transferze. Jeśli dobrze kojarzę, Paweł Olczak (ówczesny dyr. sportowy Młodej Ekstraklasy Polonii Warszawa) rozmawiał z Teo i jego rodziną już rok przed jego transferem do Polonii – tylko wtedy jeszcze to nie wypaliło. To nie jest moja kwestia, żeby Łukasz wiedział, że to my rok później dostatecznie długo suszyliśmy głowę Liborowi Pali, żeby go sprawdził – aż w końcu się zgodził. Albo że dzwoniliśmy do „znajomych ze znajomościami w Żurominie”, żeby na miejscu załatwili „puszczenie go” z ówczesnego klubu. Przy takich transferach jest zawsze wielu „ojców sukcesu” – i w tym wypadku nie rozmija się to z prawdą. Nie zmienia to jednak faktu, że to ja przyprowadziłem Łukasza na pierwszy trening i przedstawiłem trenerowi Pali.

Pokusisz się o podsumowanie ostatniego okienka?

Dwukrotnie zwiększyliśmy naszą liczbę zawodników w Ekstraklasie. Jest Daniel Smuga w Górniku Zabrze, jest pierwszy Islandczyk w historii naszej ligi – Bodvar Bodvarsson – w Jagielloni. Jest dobrze.

Kiedy paręnaście lat temu w wieku 21 lat robiłeś pierwszy transfer, podobno zainspirowałeś się wykładem z ekonomii, na którym usłyszałeś, że „informacja jest takim samym czynnikiem produkcji, jak pieniądze, siła robocza, ziemia itp.”. Wtedy internet dopiero zaczął raczkować, nie każdy się nim posługiwał, więc miałeś pewną przewagę. Czym teraz się wyróżniasz?

Wyróżniam się tym, że mimo kilkunastu lat „na rynku” nikt nie może powiedzieć o mnie, że go oszukałem albo wprowadziłem w błąd dla osiągnięcia własnej korzyści. Kilka razy usłyszałem od przedstawicieli różnych klubów, że mocno się w tej kwestii wyróżniamy „na tle” – i niezwykle mnie to cieszy. Nigdy nie miałem problemów, żeby tak postępować – bo jest to zbieżne z moją etyką pracy i wizją świata. A na rynku, gdzie występuje sporo pseudo-agentów naciągających dzieciaki z 3. czy 4. Ligi na kilkaset złotych miesięcznie płatne „za nic” – chyba potrzeba takiej przeciwwagi jak my.

Chodzisz jeszcze na Polonię?

Na ten moment „sympatyzuje z dystansu”.

Mają osiem punktów straty do Widzewa.

Nie no, w tym roku awansuje Widzew, i to jest raczej pewne. Mają środki, mają infrastrukturę, mają kibiców – i wszystko to na poziomie Ekstraklasy. Oby jak najszybciej tam wrócili. Chwilowo zdystansowałem się do Polonii na wielu płaszczyznach, co nie zmienia faktu, że ten klub będę miał zawsze w sercu, i nie wyobrażam sobie aktywnego kibicowania innej drużynie. Niezależnie od tego ile razy „Czarne Koszule” złamią mi serce. Tak jestem wychowany – i tak już zostanie.

Na koniec powiedz mi, jak sztuka improwizacji, którą tyle lat uprawiałeś na scenie, pomogła Ci w działaniach na rynku menadżerskim.

Umiejętność składania rymów na poczekaniu, wymyślania celnych ripost itp. przekłada się na inne dziedziny życia. To naturalny mechanizm błyskawicznego znajdowania pięciu czy sześciu alternatywnych wyjść z każdej sytuacji. Kiedy stanąłeś na głównej scenie Przystanku Woodstock naprzeciw 60.000 ludzi i dałeś radę porwać ich do zabawy za pomocą swoich słów – to też nie będziesz się bał rozmowy w gabinecie prezesa czy wykonania telefonu do nieznanego Ci trenera. Zaznaczę przy tym, że ja nie byłem nigdy „pacynką skaczącą po scenie”, tylko od początku zajmowałem się swoimi (i nie tylko) muzycznymi interesami również od strony biznesowej. A kiedy negocjowałeś w mieście X, Y czy Z o czwartej nad ranem z lokalnym bonzo wypłatę swojej gaży, albo dochodziłeś drogą prawną swoich racji z niewypłacalnym organizatorem festiwalu , dasz sobie radę i z piłkarskimi negocjacjami kontraktowymi. Tak samo, kiedy ścigałeś „swojego” bujającego w obłokach artystę w kwestii dotrzymania terminu wydania płyty, będziesz wyczulony na podobne „olewcze” zachowania u młodych piłkarzy. Wbrew pozorom szeroko pojęta „rozrywka” ma ze sportem bardzo wiele wspólnego. Mam nadzieję, że za kilka lat będę wskazywany jako główny dowód tej tezy (śmiech)

 

Rozmawiał:

Dominik Bożek

Zdjęcia: Sylwia Ika Kowalsky      IG: @sylwia_ika_kowalsky